Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 marca 2021

XificurK - 1410 (2020)

XificurK to młody dwuosobowy projekt muzyczny założony w 2019 roku posiadający na swoim koncie dwie EPki, I i 1410. 

Dokładnie dzisiaj przyjrzymy się tej drugiej. Premiera materiału przypadła na 24 dzień grudnia ubiegłego roku i aktualnie ma się ukazać w limitowanym nakładzie do 50 sztuk w kasecie magnetofonowej nakładem holenderskiej wytwórni Void Wanderer Productions. EPka składa się z czterech dość złożonych utworów , które nie pozwolą nam na nudę. Mimo, że panuje tutaj dość ciężki klimat, nie brakuje melodyjnych rifów, zwolnień czy nagłych przyspieszeń, do tego klimatyczne wstawki wprowadzające, które nadają klimat całości. Jak podkreśla sam zespół czerpią inspiracje z Batushki i oczywiście słychać to, ale robią to na swój sposób, co nie czyni ich kolejnej kopii, a wręcz przeciwnie, oryginalne połączenie ortodoksyjnego i ciężkiego black metalu z akcentem drugiej fali. Jeśli chodzi o kwestie wokalne od razu usłyszałem tutaj podobieństwo do Burzum, a żeby było jeszcze ciekawiej, na każdym z czterech utworów wokal nieco różni się minimalistycznie, ale jednak da się to wychwycić. Jedynie przyczepił bym się do stylu grania perkusji, wydaje mi się nieco monotonna, momentami wręcz przypomina mi automat. Chciałbym podkreślić pewną rzecz, z którą jeszcze nigdy nie spotkałem się w zespołach black metalowych. XificurK stworzył nie tylko muzykę, a również otoczkę wokół niej. Jak przysiądziemy do materiału, spojrzymy choćby na tytuł, możemy stwierdzić nawiązania do pewnych wydarzeń historycznych. Wyżej wspomniane wprowadzenia do numerów są kolejną częścią układanki. Zdradzę również, że przygotowanym przez członka zespołu wideo live do jednego z utworów ukryte są kolejne poszlaki. Momentami zastanawiałem się czy przygotowanie tego wszystkiego nie trwało więcej niż skomponowanie warstwy muzycznej i czy faktycznie jest w tym jakiś sens, czy zwykły słuchacz to odkryje? Trudno mi to stwierdzić, w aktualnych czasach ciężko o wysiłek intelektualny, wszystko musi być podane na tacy by było zauważone.

Formacja XificurK to dość ciekawy, niepowtarzalny i odważny projekt czerpiący z dwóch przeciwnych sobie podgatunkom black metalu. Ma na siebie pomysł, swoją idee, która śmiało mogę rzec nie będzie wykorzystana w pełnym stopniu przez słuchaczy.. Czekam na kolejne materiały, które są tylko i wyłącznie kwestią czasu.

Ocena Końcowa: 7,5/10


Facebook XificurK

Bandcamp XificurK

Pre-Order taśmy EPki 1410

wtorek, 9 lutego 2021

Antiflesh/Morte - Devilish Union (2021)

Po raz kolejny wjeżdża na stół recenzyjny materiał od wrocławskiej grupy Antiflesh. Tym razem jest to split Devilish Union z radomszczańską formacją Morte, nie mylić z Radomiem. Krążek póki co nie ukazał się fizycznie, ani cyfrowo i szuka wydawcy także, jeśli to czyta jakiś zainteresowany podbijaj do zespołu.

Całość składa się z czterech utworów, każda z grup stworzyła po dwa z nich. Materiał rozpoczyna Antiflesh numerem Pieśń o Szubienicy. opisywanym prze zemnie już wcześniej  Mamy tutaj gwałtowną zmianę tempa w porównaniu z poprzednimi dokonaniami grupy. Ciężkie oleiste riffy, powolna perkusja nadająca klimat niczym z doom metalu i oczywiście genialnie wpasowany wokal i to wszystko po polsku. Kolejnym utworem jest Co zrobisz gdy ja umrę Panie. Agresywny i szybki numer miażdżący bębenki w uszach przez świetnie zagraną perkusje i gitary, do tego dochodzi genialne zwolnienie w połowie utworu przepełnione niesamowitych grobowym klimatem i świetnym growlem. Mam wrażenie, że wrocławska formacja dopieściła swoją część splitu maksymalnie jak tylko się dało i osiągnęli najwyższy poziom, śmiej rzec, że ten materiał wypadł nawet lepiej niż debiut. Antiflesh genialnie odnalazł się w najczarniejszych odłamach katakumb i mam nadzieję, że nimi będzie kroczył dalej.

Przyjrzyjmy się teraz zespołowi Morte. Mamy tutaj angielskojęzyczny numer Crematory for Fools, który wypada  najsłabiej na całym materiale. Wywalił bym śpiew, ta początkowa partia jest kompletnym nieporozumieniem. Kolejną rzeczą, która jest dla mnie nie do zaakceptowania to refren. Nie wiem czy to nie wina dość charakterystycznej zmiany wokalu, początkowy śpiew przechodzi w skrzek, który dość mocno irytował. Zamykający utwór Wielki Marsz musze przyznać dość pozytywnie mnie zaskoczył. Tym razem polskojęzyczny bez zbędnych śpiewanych kwestii, z których powinien całkowicie zespół zrezygnować. Cóż można więcej powiedzieć o drugiej części materiału.. Prawidłowo zagrany death metal z naciskiem na black, ale nie wnoszący zbytnio żadnych nowości. Nieco potknięcie z tym pierwszym utworem, za to Wielki Marsz rekompensuje nam tą szkodę bo jest naprawdę przyzwoity. Zbytnio nie rozumiem dlaczego Morte nie zdecydował się nagrać całości w polskim języku.. wypada w nim o niebo lepiej. Początkowo podajże miały być trzy utwory od wyżej wspomnianego zespołu, ale widocznie coś „nie pykło”. Wygląda to jakby grupa w połowie nagrywek zrezygnowała, bądź odpuściła. Za cholerę nie wiem jak ocenić całościowo materiał, a nie chce oceniać osobno zespołów, także pierwszy raz będzie wpis bez oceny końcowej. Jeśli to czytasz wyciągniesz sam ocenę z tekstu.

Na koniec chciałbym wiedzieć dla czego tak dobry zespół jak Antiflesh nie potrafi znaleźć wydawcy w Polsce mimo, że gra naprawdę wysoko postawiony black metal? Dla czego nasze wytwórnie nie chcą wypromować coś co jest naprawdę dobre, tylko wolą się paplać w gównianych materiałach, gruzach które zejdą max w 10 sztukach i to niechcący jak się kupujący jebnie i przez przypadek doda do koszyka i zaakceptuje zakup. Co jest kurwa nie tak z wami? Za czysto brzmi zespół? Nagrajcie kaseciakiem i będzie w sam raz.


środa, 27 stycznia 2021

Abominated - Decomposed (2021)

Abominated, warszawska „młoda” kapela , która po trzech latach działalności ruszyła dupsko i nagrała solidny death metalowy krążek na miarę metalu z lat dziewięćdziesiątych. Album Decomposed, a właściwie demo ukazało się 6 stycznia w postaci klasycznego jawela, dzięki poznańskiej wytwórni Prior Satanae Production. Warto wspomnieć, że demo pojawi się w formie taśmy, która zostanie wydana na przełomie marca, dzięki zagranicznemu wydawcy Life Alter Death. Link do pre-orderu zamieszczam poniżej. 



Decomposed składa się z trzech numerów, nie licząc wprowadzającego intra. Dostajemy 9 minut solidnego łojenia po garach. Szybkie, a zarazem krótkie numery, które wręcz przeszywają słuchaczom kore mózgową. Mimo obskurności panującej w melodii jest w tym materiale coś co sprawia, że z każdym kolejnym odsłuchem wydaje się „piękniejszy” oczywiście na swój sposób, bo normalny człowiek nie szukał by tu śladów piękna. Wielki plus za okładkę, która wyraża w pełni sens i zawartość krążka. Jeśli chodzi o jakiekolwiek minusy, to mam wrażeni,  że czasami perkusja gubi się między gitarami, a wokalem, chociaż nie wiem czy w takich klimatach ma to jakiekolwiek znaczenie. Długość materiału też pozostawia dużo do życzenia.. Szykowałem się do pierwszego odsłuchu dłużej niż cała zabawa z odsłuchem trwała, niczym jak za dzieciaka do pierwszego zjadu rollercoasterem, a ostatecznie okazywało się, że było więcej krzyku niż to wszystko było warte.



Nigdy nie byłem wielkim fanem death metalu, ale bez zastanowienia, każdemu kto lubi gruzowisko i bezkompromisowy metal polecam sięgnąć po bękarta Abominated i składać hołd piekielnym bóstwom by na kolejny materiał nie trzeba było czekać następnych trzech lat. Hail! 


Ocena Końcowa 8/10



czwartek, 15 października 2020

Graveland - Pagan Cult Never Dies (2020)

Dziś na warsztat trafia rzecz, która powinna zagościć już dawno na rynku. Rzecz którą powinien mieć, każdy fan ciężkiego brzmienia. W szczególności jeżeli mówimy tutaj o pierwszych zespołach, piszących historie polskiego black metalu. 

Każdy chyba słyszał o formacji Graveland, ich ogromnym wkładzie w gatunek black metalowy i nie mowa tu wyłącznie o polskim rynku. Szczerze powiedziawszy byłem zdziwiony, że przy tak ogromnej dyskografii i reedycji owy krążek jest pierwszym albumem zawierającym zapis koncertowy. 

Pagan Cult Never Dies ukazał się 9 października nakładem wytwórni Akakor Records stacjonującej w Ekwadorze i pojawił się w postaci dwupłytowego wydawnictwa, CD zawierającego zapis koncertu odbytego w maju 2017 roku w Quito, stolicy Ekwadoru. Drugi krążek to DVD, w którym zamieszczony jest obraz wideo. Do wyboru mamy klasyczne wydanie w ilości 500 sztuk i limitowany box, zwierający piękną i ogromną flagę, naszywkę, pin i naklejkę. Niestety zdobycie boxu u nas w Polsce będzie graniczyło z cudem, gdyż wyszedł zaledwie w 80 sztukach. Szkoda, że nie połasili się na większą ilość, bo wydanie naprawdę jest piękne i niejeden fan chciałby je mieć na półce.

Opisze wyłącznie moją opinie i doznania z odsłuchu, gdyż nie dane mi było obejrzeć wideo, ale mam cichą nadzieję, że uda się zdobyć chociaż standardowe wydawnictwo. Krążek zawiera dziewięć pozycji. Co mnie pozytywnie zdziwiło, większość z nich to numery ze starszych albumów Roberta, między innymi , Black Metal War, Born Of War czy Thousand Sword z płyty o tej samej nazwie, ponadto usłyszymy utwory z The Celtic Winter, Carpatian Wolves, a nawet z In The Glare Of Burning Churches jedynie ostatnia pozycja Rivers Of Tears jest nieco młodsza, bo z albumu Five Chariot Of Destruction wydanego w 2005 roku. Tracklista jest genialnie dobrana, podkreśla najlepsze lata świetności Gravelanda. Same utwory mam wrażenie, że dostały drugie życie, są ostrzejsze, nieco agresywniejsza i co najlepsze wokal jest potężniejszy i wyrazisty. Do tego dochodzą wstawki growlowe Roberta przy początkach numerów, które wręcz tylko dodają klimatu koncertowego. Gdy teraz miałbym wybierać, które brzmienie jest lepsze, oryginalne czy to zaprezentowane na albumie, naprawdę musiałbym się długo zastanowić. Zawsze myślałem, że zapisy koncertowe to najsłabsze pozycje w dyskografii zespołu, a tu szok! Miks jest na tak wysokim poziome, że wypadało by osobiście pogratulować osobie odpowiadającej za to. Czapki z głów!

Tak naprawdę trudno coś więcej napisać o albumie. Materiał jest solidnie nagrany, zremiksowany i słucha się go znakomicie, nie zdziwię się jak będzie gościł na słuchawkach częściej niż niejeden studyjny album Gravelanda, bo tracklista utworów jest potężna. Uwierzcie, skoro Pagan Cult Never Dies przypadł mi do gustu - człowiekowi, który omija ogromnym łukiem wydania koncertowe, to naprawdę album musi mieć to coś i być godny polecenia! Kult nie przemija! 

Ocena Końcowa: 10/10!

Album w postaci cyfrowej dostępny jest na bandcamp Graveland.


piątek, 18 września 2020

Mysthicon - Silva – Oculis – Corvi (2020)

Po naprawdę długich pracach i zapowiedziach, w końcu krążek zespołu Mysthicon trafi do słuchaczy. Ogromnie się cieszę, że nastał dzień, w którym fani będą mogli przysiąść i posłuchać albumu. Nie ukrywam, miałem delikatne obawy, że projekt zostanie schowany do szuflady... Ale nie przedłużając, materiał Silva – Oculis – Corvi ujrzy światło dzienne dzięki polskiej wytwórni Witching Hour Productions. Do wyboru mamy naprawdę solidny wachlarz opcji, od limitowanych edycji winylowej po klasyczny digipack, bądź dwukolorowe wydawnictwa kaset magnetofonowych, czyli standard dla wyżej wymienionej wytwórni. Oczywiście odbieram to pozytywnie, każdy może kupić taki nośnik jaki go interesuję, a na pewno trafią się tacy napaleńcy, którzy nabędą każdą możliwą wersję.  


Zaczniemy od minusów, które skutecznie mnie rażą po oczach. Na pierwszy strzał kwestia długości materiału. Dostajemy niespełna 40 minutowy krążek, siedem utworów, po czym dwa z nich to Into The Dark i Passing Away, które były udostępnione w formie EPki, nie licząc ich mamy 30 minutowy album. Nie rozumiem sensu dodawania drugi raz tych samych numerów, tym bardziej, że początkowo zespół informował, że ukaże się wersja winylowa EPki Into The Dark. Odbieram to tak, że nie było pomysłu na nowe utwory więc, zapchajmy album materiałami z EPki. Drugi zabieg według mnie bezsensowny to przybieranie nowych nazw członków grupy.. Owszem, materiał owiany otoczką tajemniczości wyostrza apetyt, ale na starcie zespół poinformował, że skład Mysthicon tworzą osoby związane z Vader, Hate, Lux Occulta czy Batushka. Ktoś kto siedzi w muzyce metalowej, od razu rozpozna artystów, a już na pewno wokalistów.


Koniec tej krytyki, siądźmy do muzyki. Co tu dużo mówić, jest bardzo dobrze, wręcz genialnie. Samą EPke bardzo długo męczyłem, rozpływając się przy wyżej wspomnianym coverze Lux Occulta. Na pewno trzeba zwrócić na bardziej agresywniejszą odsłonę zespołu. Cięższe gitary, ostre riffy wraz z potężną perkusją świetnie komponują się z bardzo charakterystycznym growlem, a niekiedy mówiony wokal zamieniający się w szept dodaje klimatu. To tylko garstka tego co możemy doświadczyć słuchając utworu Blind To My Faith. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył początek utworu Wolves Of Marning Dawn, symfoniczny motyw nieco nawet gotyckiego stylu, po czym dostajemy solidne przyśpieszenie i potężny growl. Wyróżnić na pewno trzeba idealnie wyczute zwolnieni w odpowiednich momentach. Na pochwałe zasługują wstawki typowe dla atmosferycznego podgatunku black metalu, czy gościnny udział Sylwi Matulewskiej - a może w na następnych materiał bardziej poeksperymentować z instrumentami ludowymi? Kwestie wokalu.. Styl growlu momentami wręcz miażdży, idealnie się komponuje z warstwą muzyczną, a znowu momentami brzmi jakby żywcem był wycięty z zespołu na literkę B. 😊  Na ogromną pochwałe zasługuje również twórca okładki, Tomasz "Hal" Halicki. Zamieścił w niej cały klimat jaki odzwierciedla muzyka na krążku. 


Bez wątpienia Mysthicon to połącznie najlepszych cech Batushki i późniejszej działalności Hermh. Oczywiście, formacja dodała masę swoich motywów, które, wręcz do picowały całość materiału. Czy to debiut roku? Trudno mi powiedzieć, materiał słucha się bardzo dobrze i z coraz to kolejnym odsłuchem odnajdujemy więcej smaczków ukrytych w kompozycjach. Widać, że Mysthicon szlifował materiał do ostatniej sekundy i włożyli w to kawał serca i pracy. Jedno jest pewne przy Silva – Oculis – Corvi nie da się przejść obojętnie! 

Ocena Końcowa 9,5/10

Pre-order materiału dostępny tutaj. 


niedziela, 21 czerwca 2020

Black Altar / Kirkebrann - Deus Inversus (2020)

Splity.. dla jednych materiały idealne, dla innych wręcz odwrotnie. Niestety należę do drugiej grupy. Odkąd pamiętam czułem niechęć do sprawdzania tego typu wydawnictw, nawet jeśli chodziło o wypociny artystów, których darzyłem szczególną sympatią. Na szczęście z biegiem czas przełamałem barierę i nadrabiam zaległości. O to dziś na warsztat bierzemy album, który niebawem wstrząsie black metalową scenę.

Mowa tutaj o nadchodzącym albumie polskiej hordy Black Altar (choć, pisząc polskiej nie wiem czy to ma sens, bo od kilku ładnych lat Shadow stacjonuje w Anglii) i Kirkebrann, pochodzącej z Norwegii. Split Deus Inversus ukazał się nakładem Odium Records i swoją premierę przypisaną ma na 30 czerwca.

Krążek otwierają trzy numery Black Altar. Pierwszy z nich to tytułowy utwór, na którym wita nas złowrogi dialog w wykonaniu Lilly Kim, po czym uderzają w nas potężne gitary i złowrogi nalot perkusji. Szczerze powiedziawszy od pierwszej przesłuchanej minuty można zauważyć, że utwór jest jednym z lepszych, jak nie najlepszym utworem. Uwagę jak zwykle przykuwa charakterystyczny growl Shadowa, a w szczególności specyficzne ryki wydobywane z krtani. Warto również wspomnieć o występujących a'la chórkach na refrenie, które wybitnie dodają klimatu. Drugi utwór Ancient Warlust zaczyna się ponad minutowym popisem melodyjnych riffów z pięknie dobraną perkusją. Cały utwór jest skoczny, idealny pod występy podczas, których widownia wręcz będzie szaleć pod sceną. Sam nie ukrywam, że stopa chodziła jak opętana podczas odsłuchów. Trzeci utwór to klasyczne ambientowe Outro utrzymane w grobowym klimacie. Pora na Kirkebrann, które wita nas czterema numerami. Od razu można usłyszeć, charakterystyczne dla Norwegów typowe surowe granie, skrzekowy growl czy melodyjne riffy. Jeśli chodzi o wspomniany band, najbardziej przypadł mi do gustu utwór Faux Pas, klimatyczne solówki i zwolnienia, wręcz porywają głowę do ruchu. Jedynym "ale" jest sens, bądź raczej brak sensu utworu Ufødte Klarhet, który klimatycznie wręcz nie pasuje całkowicie do tego obrzydliwego black metalowego klimatu, brzdękanie nieco dziwnie brzmiącej gitary akustycznej, aż prosi się o usunięcie z playlisty.

Podsumowując, mimo niechęci do splitów, czekałem na Deus Inversus. Głównie przez sympatię do tworów Black Altar i jego charakterystycznego growlu. Teoretycznie wszystko spod jego szyldu łykam bez popity i tak samo jest i tym razem. Minusami na pewno są jedynie otrzymane od niego tylko dwa utwory, oczywiście nie licząc Outre... Pozwolę sobie tutaj przytoczyć słowa Shadowa z wywiadu, którego z nim przeprowadziłem:

 „ ...mam zakodowane, ze trzecia płyta, to powinien być absolutnym opus magnum zespołu, każdy dźwięk powinien być maksymalnie przemyślany, na najwyższym poziomie... ” 

Bez wątpienia sadzę, że tym splitem udowodniłeś swoją gotowość na kolejny długograj, który by bez zwątpienia wstrząsnął black metalową sceną. Jeśli chodzi o Kirkebrann, przyznam się, że nie znałem ich twórczości. Patrząc na ich dyskografie widzę, że również lubują się w splitach.. aczkolwiek ostatecznie dobrze się bawiłem przy ich utworach na recenzowanym krążku i co najważniejsze zwrócili moją uwagę na siebie i z pewnością sprawdzę ich poprzednie dokonania. Bez najmniejszego problemu materiał zasługuje na maksymalną notę, pozwolę sobie jednak dać oczko niżej przez jak wcześniej wspomniałem jedyne dwa utwory Black Altar i drastyczny numer zamykający od Norwegów.

Ocena Końcowa: 9/10

środa, 3 czerwca 2020

AntiFlesh - Ashes (2020) "W hołdzie dla Ojców"

AntiFlesh, to wrocławska ekipa działająca na scenie od 2013 roku. W swojej dyskografii prócz omawianego studyjnego albumu Ashes, posiadają demo, In Peccatis Nostris In Sanguine z 2014 roku i tegoroczny split Underground Covenant - Anal Terror II wydany wspólnie z zaprzyjaźnionymi kapelami.

Nie przedłużając skupmy się na krążku Ashes, na który przyszło nam czekać 7 lat od założenia ekipy. Materiał ukazał się 23 lutego, lecz dopiero po kilku miesiącach, otrzymujemy go w postaci nośnika fizycznego, a to dzięki kolumbijskiej wytwórni Tribulacion Records. Wydawnictwo składa się z 8 numerów, które w całości daje ponad półgodzinny album. Już od pierwszych minut mamy do czynienia z solidnie zagranym black metalem. Tak naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić, mam wrażenie, że chłopaki z AntiFlesh dusili materiał w studiu póki nie uzyskali materiału w stanie perfekcyjnym bez jakichkolwiek potknięć. Melodyjne riffy, wraz z agresywną perkusją tworzą idealną parę. Najmocniejszym atutem albumu są spowolnienia między innymi w dwóch ostatnich utworach Act I, bądź Act II, które dodają znakomity klimat podczas odsłuchów w całości. Skupmy się na kwestii wokalnej. Vomit operuje potężnym growlem, który do znużenia przypomina wokale z islandzkich produkcji black metalowych – czy to dobrze? Dla mnie jak najbardziej! Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie przyczepił się do angielskojęzycznych tekstów.. rozumiem szansa wybicia się za granicą, ale nasz rodzimy język genialnie się prezentuje w owym gatunku muzycznym.

Podsumowując Ashes jest pewnego rodzaju bardzo udanym hołdem dla drugiej fali black metalu, zawierając przy tym elementy nowoczesnego grania. Nie jest to przełomowy album na polskiej scenie metalowej, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi ..

Tak na sam koniec, osobiście widziałbym zespół w nieco bardziej rytualnych odłamach black metalu. A to wszystko przez klimatyczny growl wokalisty.

Ocena Końcowa: 8/10

czwartek, 26 marca 2020

Xarzebaal - III (2019) "Przez wstręt do piękna"

Jeśli myślicie, że słyszeliście wszystko w swoim życiu. To ja wam rozmyje te myśli. Nie słyszeliście, a na pewno nie wymiocin dwóch panów z hordy Xarzebaal.

Zacznijmy od początku. Xarzebaal powstał z inicjatywy artystów z może bardziej znanego zespołu black metalowego Dagorath. Upiór i Witchslaughter postanowili stworzyć projekt, którego nikt normalny nie pokocha. W szybkim tempie nagrali trzy albumy zatytułowane numerycznie I, II, III ,aby słuchacze nie zastanawiali się zbędnie nad sensem tytułów. A my dziś bierzemy na warsztat najnowszy z nich.

Album III ukazał się w 2019 roku dokładnie 5 lipca w niespełna pięć miesięcy po premierze swojej poprzedniczki. Początkowo ukazał się na taśmie nakładem Total War, dopiero z czasem ukazał się również na płycie dzięki Under The Sign Of Garazel Productions.

Zespół przygotował dla nas 9 utworów, dając nam w sumie 36 minut muzyki. To co usłyszymy na owej płycie trudno nazwać muzyką. Upiór stworzył z nietrzymających się kupy zlepek materiał, który jest wręcz asłuchalny. Powiedzmy sobie szczerze kto wytrzyma z normalnych słuchaczy, choć do drugiego utworu? No właśnie... ale to przyciąga do odsłuchu. Jak łatwo się domyślić, od początku Xarzebaal miał na celu tworzenie utworów tylko dla garstki osób. Nawet nie wiem czy „garstka” to prawidłowe tutaj określenie. Pamiętacie jak za dzieciaka rozkładaliście garnki wraz z talerzami matce na pół pokoju i tłukliście po nich z całych sił? Tak właśnie brzmi perkusja na tym albumie. Jeśli chodzi o gitary, nie są szczytem osiągnięć, ale chyba nie o to tu chodzi? Wokal.. Witchslaughter nie stara się trafiać w partie gitarowe czy klimatycznie growlować, on wręcz wyżyguje słowa krzekami, skowytami czy różnymi okrzykami. Początkowo zastanawiałem się nawet czy nie są to jakieś losowe słowa, bo nic nie zrozumiemy tekstu, a nawet jeśli to pojedyncze słowa wyrwane z kontekstu.

Tak naprawdę trudno tu cokolwiek oceniać. Album jest napisany jakby na kolanie w 15 minut. Jest ciężki, toporny, powodujący wylewy z każdego otworu w głowie. Jedno co jest piękne w tym wszystkim to to, że pomimo tego surowego klimatu wciąż znajdują się tacy ludzie, między innymi  jak ja, którzy uważają takie albumy za dzieła sztuki i wchłaniają, każdy dźwięk z uśmiechem na ryju.

Cóż mogę powiedzieć, cała dyskografia spoczywa na półce i czekam na jakiekolwiek wieści z obozu Xarzebaal. Dla niecierpliwych Upiór wydał solowy projekt spod szyldu Nurt Ognia.
Tak w ogóle wydaje mi się, że zbiegiem czasu złagodnieli...
Ocena Końcowa: 8/10

wtorek, 3 marca 2020

Sovran - Exitus Letalis (2020)

Zawsze pozytywnie podchodzę do nowych nazw na scenie metalowej. To chyba kwestia tego, że nigdy nie wiadomo czego spodziewać się po świeżakach, zawsze materiałem mogą wprowadzić, choć odrobinę zaskoczenia niż zespół z 20 letnim stażem.

Tym razem po długiej przerwie spowodowanej rozsterkami życiowymi, pochylam się nad projektem Sovran, dokładnie nad materiałem Exitus Letalis, który ujrzał światło dzienne 14 lutego 2020 roku, a cały album dostępny jest na bandcampie zespołu.

Sovran to dwuosobowy projekt, choć śmiało można rzec, że za całym projektem stoi człowiek ukrywający się pod pseudonimem Szamot, który odpowiedzialny jest za warstwę muzyczną i skoro zaczęliśmy od strony muzycznej przystańmy chwile ku niej. Album Exitus Letalis trwa zaledwie 28 minut, w czym 1/3 materiału to instrumentale, które brzmią jak wypychacze rozciągające długość poszczególnych utworów i choć jestem w stanie to jeszcze zrozumieć, tak bonusowy utwór Evoultion po pierwszym odsłuchu wyjebałem z odtwarzacza... Spytacie dlaczego? Otóż black metal nie musi być „pięknie” i „czysto” nagrany, ale to co ukazuje wyżej wymieniony utwór doprowadza do bólu uszu.. nie mam pojęcia czym był nagrywany, dlaczego tak drastycznie brzmi i co zespół miał na myśli dodając go jako bonusowy kawałek? Tym bardziej, że jest to zwykły instrumental nie trzymający otoczki klimatu reszty albumu. Może jest zachętą w stronę innych projektów około instrumentalno/ambientowych Szamota ? Jeśli taki był pomysł, to niestety nie wypalił, a wręcz przeciwnie odstrasza słuchacza. Kolejna sprawa nieco uboga perkusja, stanowczo jest jej za mało i brzmi jakby była nagrana na automacie. Na pochwałę zasługują kwestie gitarowe , które nie raz poruszyły moją głowę w ruch.Gdy emocje opadły, zwróćmy uwagę na moją ulubioną rzecz, a jest nią wokal. Za mikrofonem na albumie stoi niejaki Deka. Mimo, że wokalu jest tu stanowczo mało i nie mamy do czynienia z profesjonalizmem, ani z ciężarem, od razu wpadł w ucho i słuchało mi się go  zaskakują dobrze. Teksty wprowadzają nieco otoczkę melancholii w całość klimatu co uważam za plus, choć też nie są wybitnie poetyckie, niestety jakby pisane na szybko na kolanie. Ogólnie rzecz biorąc album Exitus Letalis nie jest odkryciem roku i na pewno nie wprowadza niczego nowego na scenę black metalową. Owszem są plusy, nieco więcej wad, które na pewno da się poprawić, bądź całkowicie wymazać. Mimo wszystko dość często materiał bywa w moich słuchawkach i na pewno kupie nośnik fizyczny, który podobno ma się w najbliższym czasie ukazać. Mam nadzieję, że idealnie dobrałem ocenę, by nie zraziła artysty, a zarazem zachęciła do przyłożenia się nad kolejnymi pomysłami.

Ocena Końcowa: 6,5/10

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Martwa Aura/Odour of Death - Credo In Mortem (2019)

Nigdy nie sprawdzam splitów.. zawsze wkurwiało mnie w nich to, że ledwo wczułem się w klimat grania pierwszego zespołu, a tu drugi już depcze mu po ogonie. Ale nie tym razem... ta płyta zmieniła moje podejście do tego typu materiałów.

Mowa tu o albumie Credo In Mortem, który ukazał się dzięki dwóm dumnie działającym na naszej ojczyźnie wytwórniom Putrid Cult i Under the Sign of Garazel Productions, a powstał zaświatów w pierwszym kwartale 2019 roku.

Split zaczyna Mroczna Aura. Dostajemy solidnego kopa między torby w postaci trzech dłuższych kawałków. Gregor z chłopakami zmienili lekko strukturę kapeli, od wokal po stronę muzyczną. Usłyszymy już nie tylko potężny growl, ale i efekty przechodzenia w śpiew. Oczywiście wszystko utrzymane jest w odpowiedniej ilości. Co mnie zaskoczyło to genialność riffów, które wręcz idealnie są wplątane w prace perkusji. Drugim zespołem jest Polski skład Odour of Death żyjący na ziemiach Wielkiej Brytanii. Tutaj mamy cztery kawałki w czym jeden to zwykłe outro, jeden zagraniczy kawałek – zapewne dla tamtejszych słuchaczy i dwa w rodzimym języku co wychodzi kapeli moim zdaniem najlepiej! Wciąż w głowię mam teksty pierwszej epki. Standardowo Kolan wraz z Hate oddają nam w ręce materiał wręcz bezbłędny. Mrożący krew w żyłach, a zarazem powodujący ucisk na bani. Bez sensu jest wychwalanie pojedynczo, każdego z zespołów. Obydwie hordy pokazały ogromny progres tworząc ten split, bezkompromisowy black metal wręcz przeszywający nasze nozdrza smrodem rozkładającego się truchła. Jedynymi minusami to długość... chce się więcej! A niestety obydwie kapele nie są zbytnio płodne, a wielka szkoda bo żadna z nich nie wypuściła jak dotąd słabego materiału. Najgorsze jest to, że każdy onanizuje się przy wtórnych produktach Mgły, a owego materiału nawet pewnie nie sprawdzi... 

Ocena Końcowa: 9/10 

niedziela, 8 grudnia 2019

Rivers Like Veins - Z iskier srebrnych orszaków (2019)

W końcu doczekałem się pełnego albumu krakowskiego zespołu. Prawdzie mówiąc od samego początku kibicowałem Rivers Like Veins i mimo, że pierwsze stawiane kroki na Ep'ce "Jesiennie mgły ostatnich oddechów" były nieco chaotyczne, brakowało składu w całości, mimo tego do tej pory bardzo sobie cenie owy materiał. Co przynosi nam trzecie wydawnictwo? Przekonajmy się! 
"Z iskier srebrnych orszaków" po raz kolejny ukazał się dzięki wytwórni Werewolf Promotion w tak zwany dzień letniego przesilenia a dokładnie 21 czerwca. Tym razem mamy przyjemność gościć nowego członka grupy Wosd'a, który siadł za sterami perkusji. Czy na stałe ? To się na pewno okaże z czasem.


Na początku uprzedzam, że jeśli szukamy krwiożerczych riffów i perkusji grającej niczym łamiące kości, możemy lekko się zawieść. Do czynienia mamy za to z lekko eksperymentalnym black metalem z duszą atmosferycznego black metalu nieco z domieszką klimatów punkowych. Od pierwszych minut już słychać, że "Z iskier srebrnych orszaków" to w pełni przemyślany materiał. Nie doświadczymy już lekko burzliwych numerów, gdzie występuje dość mocne łojenie, po czym znienacka wyskakiwał recytujący żeński wokal - przyznam, że był to dość mocny problem poprzednich materiałów. Ogromny progres jeśli chodzi o kwestie wokalne, czy chodzi o growl Icyvr'a czy recytujące kwestie jego partnerki. Widać duży wkład w te kwestie i co najważniejsze Pani A.Bouillanne chyba, w końcu przekonała się do zespołu bo na poprzednich materiałach brzmiała lekko niepewnie, choć i tu brakuje mi niekiedy większych emocji w jej kwestiach wokalnych. Czarujące przyśpieszenia i dynamiczne zwolnienia, które wraz z motywami, typowymi dla atmosferycznego black metalu - których jest ogrom, pozwalają doznać fantastycznego klimatu. Również wypada wspomnieć o bębnach Wosd'a, które pełnią ogromną role. Styl grania perkusji jest lekko nietypowy co czynni ją bardzo ważnym elementem całego albumu, która wręcz hipnotyzuje, z coraz to następnym odsłuchem.



Rivers Like Veins przetarł zarośnięte gęstwiną szlaki i odszukał swój własny tor, którym dumnie przemierza. "Z iskier srebrnych orszaków"to naprawdę godny polecenia album, warto było uzbroić się w cierpliwość. Jeśli jesteście otwarci na eksperymentalny black metal z domieszką hardcorowych klimatów punkowych, a zarazem cenicie granie Stworza na pewno nie zawiedziecie się. A tym bardziej w listopadowo - grudniowe dni, kiedy coraz rzadziej widujemy za oknem promienie słoneczne, a częściej mgłę i fale przymrozków.  Jednym słowem dzięki materiałowi doznajemy większej tęsknoty za długimi letnimi wieczorami i doceniamy, każdy cieplejszy poranek.

Ocena: 9/10



czwartek, 21 listopada 2019

Faust - Wspólnota Brudnych Sumień (2019)

Na zespół Faust wpadłem całkiem przypadkiem, bodajże przeglądając sklep wydawnictwa Putrid Cult. Moją uwagę przykuł polski tytuł "Wspólnota Brudnych Sumień" wklepałem w wyszukiwarkę i to co usłyszałem całkowicie mnie zaskoczyło. "Wspólnota Brudnych Sumień" to tak zwany drugi debiut zespołu. Dlaczego tak twierdzę mimo, że grupa posiada w dyskografii jeszcze dwa pełne wydawnictwa plus dwa kolejne dema z początków działalności? Otóż dla tego, że grupa po ośmiu latach aktywności zawiesiła działalność. I właśnie w 2019 roku dokładnie 10 października wydała trzeci pełno prawny album po 16 latach przerwy! Ogromna przestrzeń czasowa, a wiadomo takie powroty często nic dobrego nie wróżą, ale zapewniam wam, nie tym razem! Warto wspomnieć, że dystrybucją płyty zajął się Putrid Cult, a wydawcą jest sam zespół.

Wraz z powrotem na scenę Faust lekko zmienił styl grania przedtem można było doszukać się mieszanki klimatów death/black metalowych, a teraz aktualnie mamy tu wpływ trashu z dużym wpływem death metalu. Od razu można zauważyć ogromny nacisk na poruszaną tematykę pedofilii w kościołach katolickich i tu ogromny plus, że zrezygnowali z angielskojęzycznych tekstów na cześć rodzimego języka. Album jest bardzo ciężki, każdy z utworów jest innym przykładem nieczystych działań kościoła. Mym faworytem jest na pewno "Samotność" można by rzec ballada, która łapie za sumienie - jeśli je jeszcze posiadamy. Strona instrumentalna stoi tu bardzo wysoko najłatwiej możemy to usłyszeć w utworze "Homo Homini Deus" potężne riffy i znakomita praca perkusji robi tym sposobem z niego najcięższy numerem. Oczywiście również trzeba pochwalić Macieja Bartkowskiego i jego charakterystyczny wokal, który świetnie się komponuje wśród instrumentów. Usłyszymy zarazem delikatny śpiew w wyżej wymienionym numerze "Samotność" jak i również jego cięższe oblicze. I mimo, że rzadko słucham takich klimatów płyta weszła mi od samego początku, aż do końca z ogromnym zaskoczeniem oczywiście w pozytywnym znaczeniu. No może jest jeden delikatny według mnie minus cover "In The Name of God" kapeli Unleashed, który absolutnie nie pasuje klimatem do reszty albumu.



Album jak i zespół zrobił na mnie ogromne wrażenie. Mam wrażenie, że panowie włożyli kawał czasu i poświęceń byśmy otrzymali tak udany materiał  i przekaz, gdyż mimo, że plują kłamstwami l prosto w twarz, my łatwo wierni i bezsilni przytakujemy i idziemy wybranymi przez nich drogami. Grupa porusza naprawdę ciężki temat, ale i ważny bo mimo coraz częstszego słyszenia o pedofili w religii katolickiej ludzie nie chcą przyjmować tego do świadomości omijają na wszelkie sposoby. Świetnie im wyszło również połączenie tych faktów z ciężarem a zarazem z melodyjnością albumu co sprawia, że nie raz noga chodziła w rytm riffu! Już to pisałem zespołowi ale napisze jeszcze raz na takie powroty warto czekać szesnaście lat, a inni niech patrzą na Fausta, biją mu pokłony i biorą z nich przykład. Ewidentny kandydat na płytę roku!
 Ocena: 10/10

niedziela, 17 listopada 2019

Zawrat - The Flames of the Spiritual Quest (2019)

Strasznie ciężko mi było się zabrać za napisanie czegokolwiek o tym materiale jak i samym bandzie.. Tym bardziej, że w internecie praktycznie nic nie ma o "Zawrat". Dopiero po krótkiej, lecz bardzo treściwej wymianie wiadomości z założycielem projektu pomogło nieco dowiedzieć się o genezie powstania zespołu.

Zawrat narodził się w Anglii za namową Szymona z wytwórni Werewolf Promotion. Jest to jak na razie jedno osobowy skład - wciąż są namysły co do dodania nowych członków. Autor projektu zdradził, że pomimo powstaniu kilku riffów początkowo nie było planów na nic większego. Dopiero podróż do Polski dała mu ogromny zastrzyk inspiracji co zaowocowało napisaniem całych utworów, a sama nazwa projektu zrodziła się na cześć jednego ze szlaków znajdujących się w Tatrach. Wytwórni w sumie nie musiał szukać, gdyż sam nie gdyż prowadził label i handlował właśnie z Werewolf Promotion i od tego czasu utrzymywane są dobre relacje między nim, a Szymonem stąd również decyzja na wydawanie swych materiałów pod tym szyldem.

"The Flames of the Spiritual Quest" ukazał się 28 września. Warto zaznaczyć, że to druga Ep'ka wydana w 2019 roku. I tutaj zwracam szczególną uwagę na źródło "metal-archives", gdzie podane są trzy materiały. Jest to błąd i nie dopatrzenie gdyż album "Wandering in a Mystical Unity" początkowo został wydany jedynie na kasecie, a następnie na cd w formie splitu "Meditations upon the Cold Mountains" z hordami Unruhe i Flame War. Co daje nam ten sam materiał, a nie jak widać na stronie nowe wydawnictwo. Warto zwrócić na to uwagę, gdyż ja sam niestety na to się nadziałem.. - Dzięki Szymon !:)

EP'ka składa się z czterech utworów, które dają nam 23 minuty muzyki. Pierwszym utworem otwierającym powyższy materiał jest "Cryptic Tranquility", który świetnie się spisuje budując atmosferę jako dark ambient. Kolejny to tytułowy track, w którym usłyszymy wokal. Od razu słychać, że mamy do czynienia z początkującym wokalistą. Miejscami słychać nierówność głosu, bądź non stop towarzyszy mu efekt zagłuszenia - nie wiem czy był to zamierzony krok czy po prostu kwestia sprzętu. Mimo tego muszę przyznać, że ma to jakiś klimat nikt nie powiedział, że black metal to piękna muzyka. Plusem jest na pewno surowość i barwa growlu, ale duża przed nim droga by uzyskać odpowiedni efekt. Na tle instrumentalnym wypada najlepiej zamykający utwór "The Flames of the Spiritual Qust" melodyjny, nieco można podciągnąć pod twórczość Varga.

 
Całościowo "The Flames of the Spiritual Quest" niestety nie porywa czy to od strony wokalnej czy muzycznej. Brakuje tutaj punku zaczepnego, dla którego słuchacz by został na dłużej, a zarazem nie odróżnia się niczym od innych hord wykonujących atmosferyczny black metal, czyni go tym po prostu monotonnym. Mam nadzieje, że kolejny album będzie miał już obrany w pełni kierunek artystyczny, bo na pewno ma to potencjał.
Ocena: 5/10



niedziela, 10 listopada 2019

Azels Mountain - Wieczny Sen (2019)

Jakiś czas temu dostałem w ręce najnowszy krążek dolnośląskiej ekipy Azels Mountain od razu przyznam się, że jak dotąd nie słyszałem kompletnie ani jednego kawałka od nich. Jakoś nigdy nie było nam po drodze, zawsze odkładałem odsłuch na klasyczne "potem". Aż do teraz...

"Wieczny Sen" bo tak zwie się drugi album ukazał się 23 września za pośrednictwem dobrze znanej wytwórni Werewolf Promotion w postaci klasycznego jawel case. Na kolejny materiał grupa kazała nam czekać aż trzy lata i dokładnie jeden dzień - czy było warto uzbroić się w cierpliwość? Przekonajmy się!

Dostajemy osiem utworów mimo, że niektóre źródła podają siedem, w całości daje nam ponad 40 minut muzyki. Otrzymujemy solidną dawkę melodyjnego black metalu otoczonego mistyczną aureolą pogaństwa. Trzeba przyznać, że "Wieczny Sen" jest o wiele agresywniejszą płytą od poprzedniczki choć tak naprawdę po cichu liczę na album w stylu pierwszej epki zespołu surowej i bezkompromisowej tematycznie. Już od pierwszego odsłuchu moją uwagę zwrócił utwór "Zaraza" po czym trafił do ulubionej playlisty. Witają nas bębny wraz z gitarami po czym następuje mroźny growl Nauthiza, ale tak na prawdę refren w tym numerze zrobił taką robotę, że reszta materiału według mnie chowa się przy nim! Tematyką tekstów jak łatwo się domyślić jest pogaństwo i bliżej temu podobna tematyka rytuałów, bądź obrzędów warto zaznaczyć, że teksty są wykonywane w naszym rodzimym języku co standardowo wpłynie pozytywnie na plus. Oprócz typowego growlu gdzieniegdzie dane nam będzie usłyszeć czysty wokal, bądź coś w stylu al'a huru np. w utworze "Krwawa Zapłata" nie ukrywam ten efekt mógł występować nieco częściej na pewno miało by to pozytywny wpływ na całościowy klimat. Ostatnim numerem jest "Allfadr Odhinn" cover norweskiej grupy Enslaved, który również bardzo dobrze wyszedł dzięki agresywniejszym gitarom i szybszemu growlowi, niż standardowo gra grupa tym sposobem robi go nawet lepiej brzmiącym utworem niż oryginalne wykonanie norwegów.

Tracklista:
1. Burza
2. Zaraza
3. Szlak
4. Krwawa zapłata
5. Wieczny sen
6. Dusza, czerń popiołu
7. Kres
8. Allfadr Odhinn (Cover Enslaved)

Poprzednia płyta "Góra Milczenia" jest lekko nużącym materiałem przez swój delikatny sposób grania, tu natomiast mamy już surowszy klimat. Sądzę, że chłopaki potrzebowali po prostu czasu by doszlifować swój styl grania co przekłada się na genialną kontynuacje nawet jeśli trzeba było czekać trzy lata. Stylem muzyki nieco przypomina mi naszą Arkone, choć to tylko moje skojarzenie. Na pewno nie zwlekajcie ze sprawdzeniem materiału czy nawet całej dyskografii, aż tak długo jak w moim przypadku, a nawet jeśli wam się nie chce chociaż przesłuchajcie utwory wymienione wyżej gwarantuje sięgniecie po więcej!

Ocena:7,5/10

środa, 23 października 2019

Mgła - Age of Excuse


Mgły nie trzeba raczej nikomu przedstawiać, większość zna, a przynajmniej słyszała o ich dokonaniach. A było o czym słyszeć! Śmiało można ich nazwać prekursorem gatunku, którzy już od pierwszego materiału Crushing the Holy Trinity skradli serca słuchaczom. A teraz ? Są przykładem i wzorem dla innych zespołów.

Niespodziewanie 2 września zespół udostępnia link do odsłuchu Age of Excuse, bez jakiejkolwiek zapowiedzi czy promocji. W sumie identyczny motyw jak z premierą wyżej wspomnianej płyty Kriegsmaschine. Odpalam po czym słucham raz, dwa - brak efektu wow.. Miałem dosłownie wrażenie, że każdy riff czy melodia przelatuje mi przez uszy z zerowym punktem zaczepnym. Kolejny powrót do krążka wyglądał nieco inaczej. Na spokojnie usiadłem ze słuchawkami już bez euforii szczęścia i przystąpiłem do spokojnego odsłuchu.

Po raz kolejny użyje określenia, że każdy czekał z utęsknieniem na kolejny krążek Mgły i nic w tym dziwnego, gdyż grupa jest prekursorem gatunku. Zespół kazał czekać nam, aż 4 lata na zastępczynie genialnej Exercises in Futility z 2015r. Przez ten czas słuchacze jak i ja sam pokładałem wielkie nadzieje na ten krążek, a zarazem miałem lekkie obawy, bo drugi ich  zespół  nie zachwycił materiałem Apocalypticists. Z każdym kolejnym wydawnictwem Mgły przyzwyczaili nas do pewnego powiewu świeżości w swoim materiale. Tu natomiast mamy delikatny ukłon w stronę pierwszych dokonań zespołu.

Od razu trzeba przyznać, że Age of Excuse jest "innym" materiałem niż dotychczas nas częstował zespół. Mrok, ślepota i bezradność te trzy określenia genialnie opisują atmosferę panującą na płycie, która wprowadza nas w całkowity brak kontroli nad wyobraźnią, odczuwające agresywniejsze gitary czy cięższe bicia perkusji. Mimo tego wciąż tu nie brakuje znanych zagrywek Mgły w postaci charakterystycznych rifów. Wracając do pracy perkusji, Darkside musiał sporo się napracować co oczywiście znakomicie słychać podczas odsłuchów, z każdą melodią odczuwamy ciężar, a nawet śmiało go można nazwać balastem towarzyszącym nam, aż do ostatniej sekundy materiału. Byłbym głupcem gdybym nie wspomniał o kwestii wokalnej. Mgła to nie tylko muzyka, ale również genialne kwestie wokalne Żentara, który wypluwa ponure teksty o jeszcze bardziej przygnębiającej tematyce jaką jest nihilizm - swoją drogą jestem ciekawy jak by brzmiała mgiełka w ojczystym języku ?

Tracklista:
1. Age of Excuse I
2. Age of Excuse II
3. Age of Excuse III
4. Age of Excuse IV
5. Age of Excuse V
6. Age of Excuse VI

Age of Excuse jest dobrym materiałem mimo kilku zastrzeżeń słucha się go bardzo przyjemnie bez uczucia znużenia. Pozostaje niewielki niedosyt, ale to tylko raczej przez moje wygórowane oczekiwania co do albumu. Mi osobiście trudno ją nazwać "płytą roku" a mimo to rozumiem, że nie jedni ją już tak okrzyknęli w końcu Mgła to już prawie marka muzyczna. 

Ocena: 8,5/10

środa, 16 października 2019

Nyctophilia - Bezdeń (2019)


Ten jednoosobowy band, za którym ukrywa się młody artysta o pseudonimie Grief można śmiało rzec, że radzi sobie dobrze na polskiej scenie metalowej. Kreatywności na pewno mu nie brakuje, gdyż w ubiegłym roku we wrześniu pod tym samym szyldem wydał album "Ad Mortem et Tenebrae". To nie wszystko! Gdyż w grudniu wydał Ep'ke "Heritage & Blood" jako kolejny jednoosobowy band Thurthul.


Album "Bezdeń" swoją premierę miał 1 września. Ukazał się dzięki dwóm wytwórniom Wolfspell Records i Death Kvlt Productions, a zarazem na trzech nośnikach. Za produkcje materiału na cd i kasecie odpowiada Wolfspell, a winyle wypuścił Death Kvlt.

Tracklista:
1. Bezdeń
2. Ku bezkresowi rzeczy
3. Vexation and Sorrow
4. Pustka
5. Światło wieczności 
6. Outro

Dostajemy 6 utworów, które dają nam w sumie 32 minuty. Jak wiadomo Nyctophilia wędruje pomiędzy atmosferycznym, a depresyjnym black metalem. Nowy materiał kładzie większy nacisk na pierwszy podgatunek, a nawet na ambient nieco zalatującym poczynaniami Burzuma czy innymi tworami Skandynawii. Na pewno czuć tu bardziej surowsze i brudniejsze riffy. Ambientowe utwory tak jak np. "Pustka" bądź "Ku Bezkresowi Rzeczy" stanowczo dodają klimatu, odczuwając przy tym korzenie black metalu. Wokalistycznie również wyczujemy nieco zmianę w porównaniu do "Ad Mortem et Tenebrae". Wokal mamy w naszym rodzimym języku, choć i tak nie wiele nam to pomaże w zrozumieniu tekstów. Sama technika growlu również jest brudniejsza i po raz kolejny przypomina mi granie pierwszych materiałów ojców black metalu, choćby z Norwegi.

Podsumowując:

Miałem nieco obawy, że tak szybko wydane albumy będą niczym innym jak powielanie tematu. Nic mylnego, dostajemy dawkę dobrego atmosferycznego grania rodem z Norwegii, jakby z najlepszych lat świetności black metalu. Stanowczo jestem pewny, że Bezdeń jest w pewnym stopniu uhonorowaniem w stronę starych kapel. Mimo, że według mnie nie przebija poprzedniego wydawnictwa jakim jest "Ad Mortem et Tenebrae" obowiązkowo trzeba zapoznać się z powyższym materiałem.

 Ocena Końcowa:7/10 

wtorek, 8 października 2019

Mysthicon - Into the Dark (2019)





Jak dotąd rok 2019 był nieco nudny jeśli chodzi o nowe kapele. Owszem wychodziły dema, bądź pojedyncze utwory, którym warto przyjrzeć się, ale na dłuższą metę niestety nic rewelacyjnego. Aż do 16 lipca gdy właśnie wyszła ep'ka „Into The Dark”, nieco ponad miesiąc późnej zespół postanowił wydać ją w formie nośnika fizycznego jako digipack.



Na próżno niestety szukać informacji o zespole. Jedyne co nam wiadomo, że pierwsze kroki były stawiane w 2015, a członkowie tworzący Mysthicon są związani z takimi grupami jak: Vader, Lux Occulta, Hate i Batushka. Czyli śmiało można rzec, że śmietanka polskiej sceny metalowej. Niektóre źródła również podają, że w grupie jest 6 członków. Co niektórzy pewnie mieli szanse już to sprawdzić, zobaczyć zespół na żywo, gdyż byli razem na trasie z Vader i Hate.




Wracając do epki. Materiał składa się zaledwie z dwóch numerów czyli nieco ponad 12 minut muzyki. Pierwszy z nich to tytułowy „Into the Dark”, na którym wita nas mówiony wokal nieco nawet szeptany, by po chwili uderzyć w nas growlem z ogromną siłą, potężnymi gitarami i perkusją. Usłyszymy tu genialne zwolnienia, które wraz z melodyjnym riffami i genialnym wokalem klimatycznie wgniata nas w fotel. Drugi utwór to cover Lux Occulta a dokładnie numeru „Passing Away”, któremu śmiało mogę rzec, że panowie z Mysthicon dali drugie życie! Tu jeśli chodzi o wokal usłyszymy to co lubię najbardziej chórkowate wokale przenikające w śpiew by po chwili uderzyć ciężkim black metalowym growlem. Warto wspomnieć, że przez cały materiał towarzyszą nam dźwięki niczym byśmy byli w dziczy, między innymi jest to wycie wilków, szum drzew czy odgłos galopu konnego, które genialnie podkręcają całą atmosferę.


Tracklista:
1.Into The Dark
2. Passing Away (Lux Occulta Cover)


Podsumowując:



Słuchając powyższego materiału mam wrażenie, że każda sekunda epki „Into the Dark” jest dokładnie i szczególnie dopracowana by osiągnąć precyzyjny materiał i taki status według mnie osiągnął. Grupa ma pomysł na siebie co ewidentnie słychać, lecz śmiało można powiedzieć, że odczuwamy tu ogromny wpływ Batushki. Mi to nie przeszkadza, ale wiadomo jak większość ludzi aktualnie reaguje na to. Już niebawem ma wyjść pełne wydawnictwo, na które cholernie zacieram ręce. Mam nadziej, że będzie również genialny, bądź przebije powyższy materiał!



Ocena Końcowa:9/10

 Uklarhet - Uklarhet (2019)

Po raz kolejny w stolicy naszych ziem utworzył się band pod nazwą Uklarhet, jeśli wierzyć pewnym źródłom pierwsze kroki stawiane były już 2013 roku. Lecz niestety po zmaganiach w poszukiwaniu wokalisty to właśnie w 2019 a dokładnie 30 sierpnia udało się wypuścić pierwsze wypociny w postaci Epki, która ukazała się na fizycznym nośniku.

  
Powyższa materiał to zbiór pięciu utworów, które dają nam w całości prawie 30 minut muzyki to naprawdę sporo jak na przysłowiową epke. Panowie szybują na granicach melodyjnego black metalu przedzierając się przez atmosferyczne klimaty black metalu. Pierwszy numer„Forest of Shadows” to delikatnie powiedziawszy „ballada” na tle pozostałych utworów. Lekkie tempo, melancholijne riffy, spokojna perkusja z czasem rozwijająca się mimo tego stopa gdzieś tam lekko postukuje. Kolejnym numerem jest „Północ”, który wita nas żywszą atmosferą i perkusją niczym z zespołu Mgła. Słychać, że zespół czerpie inspiracje i nie tylko ze strony bębnów ale również, niektóre riffy klimatem przypominają dokonania załogi pana M. Pomińmy dwa kolejny utwory i przejdźmy do ostatniego, którym jest „A Forest” cover brytyjskiej kapeli The Cure. Powiem szczerze nie spodziewałem się tego tytułu w klimatach black metalu. W moim miewaniu wyszło bardzo dobrze pomimo tego, że na próżno nam szukać podobieństw do oryginalnego wykonania. Jeśli chodzi o stronę wokalną mamy tu styczność z mieszaniną polskiego teksu jak i również angielskiego. Nigdy nie miałem z tym problemu i kto śledzi moje dokonania wie, że doceniam polskie teksty tak tu jest wręcz odwrotnie.. Wokal w „Północ” czy „Zmierzch” wypada znacznie słabiej niż w pozostałych angielskojęzycznych utworach i nawet cholera nie jestem w stanie określić w czym tkwi ten problem.

 

Tracklista:
1.Forest of Shadows
2.Północ
3.Zmierzch
4.Yimr
5.A Forest (The Cure cover)

Podsumowując:

Epka sama w sobie nie jest zła, faktycznie chłopaki muszą odnaleźć swój styl bo lekko gubiłem się klimatycznie między utworami. Wokal musi podszlifować umiejętności, a może nawet wybrać w jakim języku chce nagrywać. Mimo, że to wszystko gdzieś już było słuchane i nie przynosi nam świeżości bardzo dobrze się tego słucha i jak wcześniej wspomniałem stopa chodziła w rytm muzyki. A ja trzymam kciuki za dalszą karierę panów!


Ocena Końcowa:6,5/10